topcars blog

Twój nowy blog

Mam dopiero 24 lata, nie mam rodziny a wszystko o czym myślę to dzień dzisiejszy. Niestety mam już  dylemat. Nie mam pojęcia jaki samochód miałbym kupić. Czuje się jak bym miał koło 50-tki i szukał samochodu ekonomicznego. Normalni ludzie w moim wieku mieszkający w innym kraju UE nie wahali by się ani chwili nad kupnem  i wybrali by sportowy samochodzik z mocnym silnikiem a nie dacie logan. No może zwróciliby uwagę na ilość miejsca w środku i możliwe wyposażenie. Ale w Polsce taka decyzja w większości przypadków nie wchodzi w grę, no chyba, że masz na koncie sześć zer a samochód traktujesz jak zabawkę. W tym kraju ludzie wybierają samochody tanie, popularne, łatwe do naprawy i głównie małolitrażowe. Moja rozterka też ma swoje uzasadnienie, bo przecież kupując fajny używany samochód taki jak laguna coupe czy chociażby astra II bertone nie mógłbym się nim cieszyć zawsze. Pytacie dlaczego to odpowiem: W Polsce drogi są tak cudownie proste że na naprawę zawieszenia i prostowanie felg musiałbym wydawać co rok krocie. Dodatkowo taki samochód musiałby mieć silnik minimum dwu litrowy bo przecież jak masz taki samochód to nie będziesz jeździł wolno. No właśnie i tu kolejna rzecz która wzbudza niemal w każdym kierowcy odruch wymiotny. Cena paliwa, która już w tym roku sięgnie 5 zł za 1l. Przy średnim spalaniu 10l na 100 km to 1 km kosztuje 5 złotych. To jest rozbój w biały dzień.

Kolejna sprawa to słaba dostępność części zamiennych i niekiedy musimy kupić małą część za dosłownie gigantyczne pieniądze. Weźmy na przykład zwykłe auto jakim jest nissan almera. Wiecie ile kosztuje bezpiecznik 80 A do tego modelu –  110 zł, a w oplu corsie podobny bezpiecznik kupiony również w serwisie kosztuje 34 złote. Przecież to jest chore. Wiem że serwisy muszą z czegoś żyć ale dlaczego producenci zamienników nic nie robią. Pewna firma, której nazwy nie będę wymieniał zbiera się do zrobienia zamiennika tłumika końcowego do almery n 16 blisko 10 lat, bo tyle czasu ten model jest na rynku. DRAMAT.

Historia motoryzacji toczy się już od ponad wieku. Przez te lata projektanci wielokrotnie wyznaczali i zmieniali trendy przy tworzeniu nowych samochodów. Zaokrąglali, prostowali, cieli byle by z roku na rok tworzyć bardziej wymyślne konstrukcje. Weźmy na przykład Forda T, który był pierwszym samochodem produkowanym na szerszą skalę. Człowiek, który projektował ten model po prostu złapał siekierę i ekierkę tworząc idealnie prostokątny samochód. To cudo to pra pra pickup, produkowany po raz pierwszy przy użyciu linii produkcyjnej… . Ale nie o tym chciałem wam powiedzieć. Tak naprawdę to był pierwszy seryjnie produkowany „praktyczny” samochód. Miał skrzynie bagażową, w którą mieścił się worek kartofli i dwa szpadle, zaś z przodu bez trudu mieściło się 10 osób mimo, że były tylko dwa miejsca. W tamtych czasach takie auto można było konfigurować według własnych potrzeb. Weźmy na przykład kolor. Klient mógł sobie zażyczyć ten samochód, w każdym kolorze pod warunkiem, że był czarny….  

W dzisiejszych czasach już tak nie ma. Każdy z nas na swój sposób odnajduje się w świecie motoryzacji. Jeden wybiera samochody bardziej praktyczne inny mniej. Spójrzmy chociaż na czteroosobową rodzinę, która porusza się naprawdę fajnym autem. Opel Zafira OPC daje dzieciom frajdę wchodzenia przez bagażnik i siedzenia w trzecim rzędzie siedzeń, żona cieszy się z wielkości i bezpieczeństwa auta, zaś mąż lubi czasami przycisnąć mając do dyspozycji ponad 200 benzynowych koni mechanicznych. Dla zamożniejszych drugim przykładem będzie Audi RS4, które nie tylko szybko jeździ ale ryczy przy tym jak bawół tratujący przypadkowych przechodniów. Bezbłędnie trzyma się drogi, a dzięki łopatkom w kierownicy nawet najgorszy kierowca będzie mógł się dobrze bawić. 420 KM wyciskanych z silnika 4,2 l. V8 to nie tylko moc i przyśpieszenie to również dźwięk, który jest powalający. Żaden rodzinny samochód nie brzmi tak jak RS4.

Koniec z praktycznymi samochodami. Czas przejść do czegoś pięknego, czegoś co nie zmienia się od ponad dwudziestu lat, czegoś co jest klasą samą w sobie. To coś to Mazda Mx 5, później zwana „Miatą”. Roadster, który mieści tylko dwie osoby, ma stosunkowo nie wielki silnik (w wersji europejskiej 1,6 – 2,0) i napęd na tylną oś. To coś unikatowego. Przykładowy silnik o pojemności 1,8 l. (147 KM) daje niesamowitą frajdę z jazdy i wiatr we włosach. To klasyczne cabrio występowało tylko w wersji z miękkim dachem, opcją dodatkową stał się zakładany sztywny dach. Niestety w Polsce auto zupełnie nie praktyczne. Niskie i twarde zawieszenie na zwykłej dziurze zachowuje się jak kosiarka pędząca ponad 40 km/h. Druga sprawa to miękki dach, który sprzyja wandalom. Zawsze można go pociąć, w zimę na pewno puści pod naporem śniegu, zaś przy minus dwudziestu ogrzewanie nie da rady. Ale mimo wszystko w Mx 5 jest coś co sprawia, że każdy chciałby ją mieć. To coś to surowość, kształtów, ubogie wyposażenie czy chociażby ciągła ucieczka tylnej osi podczas nawet zwykłego zakrętu.       

 

Czasami się zastanawiam dlaczego nie urodziłem się w latach pięćdziesiątych gdzieś niedaleko Dietroit w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli pytacie dlaczego to odpowiem dwoma słowami. MUSCLE CARS. Te cuda motoryzacji to najpiękniejsza rzecz jaką stworzyły tamtejsze fabryki. Warczące silniki, olbrzymia moc i piękne kształty. Na tamte czasy konstrukcja tak prosta, że wręcz nie ma się co popsuć. Zawieszenie przypomina taczki, w środku panuje surowa prostota i wydech który ryczy jak stado byków. To w stu procentach wystarczy aby nawet doświadczony kierowca zjadł swoje zęby robiąc przejazd nawet na prostym torze. Niestety ta epoka już się skończyła i w takim formacie nigdy nie wróci. Jedyna szansa to Wehikuł czasu. Tak jak w znanej piosence Dżemu wróciłbym do tamtych czasów po to by mieć możliwość pracy przy produkcji tych pięknych i jednocześnie szalonych jak na tamte czasy samochodów. Ford Mustang, Chevrolet Camaro, Chevelle, Corvette, Dodge Charger, Challenger czy Pontiac GTO to samochody stanowiące ikonę amerykańskiej motoryzacji. To one wzbudzają zachwyt I są obiektem pożądania wielu kierowców, którzy choć trochę kochają dźwięk widlastej ósemki.

W ostatnich latach następuje stopniowy powrót do tych paliwożernych potworów . Fabryki, produkujące Forda, Cadillaca, Dodga czy Chevroleta postanowiły dać swoim klientom samochody „prawie” jak muscle cars. Niestety, „prawie” tak jak w jednej reklamie robi dużą różnicę. Dzisiaj Mustang, Camaro, Challenger czy CTS to samochody ciężkie, wygodne, przeładowane elektroniką i dużą ilością bajerów. Ale jednak coś pozostało, coś bez czego te auta nie miały by przydomku muscle cars. To coś to duże silniki, potrafiące wkręcać się na obroty jakich nie powstydzi się bolid formuły 1. Weźmy pod uwagę corvette ZR 6 samochód, który bez większych problemów wypada z drogi trafiając w najbliższe drzewo. Moc  513 KM przekazywana na tylną oś z silnika o pojemności 7,0 l jest nie do ogarnięcia. Właściciele tego modelu powinni zamiast organizować wyścigi na jedną czwartą mili, rywalizować w konkurencji leniwego startu bez niepotrzebnego obrotu osi. Ciekawe kto by tego dokonał oczywiście z wyłączoną kontrolą trakcji…    


  • RSS